Minimal w kosmetykach

Kosmetyki to kolejny dział, w którym króluje u mnie zupełnie niewymuszony minimalizm, zarówno te pielęgnacyjne, jak i makijażowe. Od ostatniego wpisu na ten temat minęło sporo czasu, zmieniły się i produkty, których używałam, i moje nawyki urodowe.

Przede wszystkim zmienił się mój makijaż, a właściwie zmniejszyła się jego ilość i zapotrzebowanie. Przez większość dni nie maluję się w ogóle. Kiedy już zdecyduję się pomalować, to zarówno do zrobienia lekkiego makijażu, jak i bardziej trwałego, używam dokładnie tego samego zestawu kosmetyków.

Drugi nawyk, to zdecydowanie zwiększenie pielęgnacji. Żałuję, że wcześniej nie dbałam o cerę i ciało właśnie w takich proporcjach 😉 . Do zestawu kosmetyków pielęgnacyjnych dołączyło serum i regularne stosowanie maseczek, czego wcześniej nie praktykowałam.

Charakterystyka mojej cery nie zmieniła się, nadal jest wrażliwa i mieszana. Odkąd mieszkam w Warszawie, to właśnie na twarzy najbardziej zauważam większe zanieczyszczenie tutejszego powietrza, czy ostatnio również smog.

Co znajduje się w mojej łazience i kosmetyczce? Co chciałabym, aby tam się znajdowało? I co mam w planach tam wrzucić? Odpowiedzi poniżej.

Pielęgnacja

Na początek żel do mycia twarzy – moje odkrycie sprzed kilku lat, które zdążyło przejść rebranding już chyba dwa razy, ale nadal świetnie się sprawdza. Micelarny żel do mycia twarzy z rossmannowej marki Isana. Świetnie zmywa makijaż, nie zawiera mydła, ale dzięki micelom idealnie oczyszcza skórę i jej nie podrażnia. Do tego kosztuje od około 6 (promocja) do 9zł.

Po umyciu przecieram skórę płynem micelarnym lub tonikiem WaterMellow (to chyba marka własna Kontigo), o ile przy płynie nie oczekuję żadnych rewelacji poza doczyszczeniem, to tonik miał „uspokajać” cerę. Niestety nie zauważyłam tego działania, więc kolejnego pewnie nie kupię. Chciałabym sprawdzić działanie hydrolatu, zatem to będzie moim kolejnym wyborem po wykończeniu toniku.

Później wchodzi do akcji serum! To nowość w mojej pielęgnacji. Zaczęłam stosować serum, kiedy okazyjnie udało mi się kupić absolutny hit z tej kategorii, czyli Advanced Night Repair od Estee Lauder. Aktualnie używam serum ujędrniającego Holika Holika, jednak jego efekty się proporcjonalnie mniejsze do liczby złotówek, które za nie zapłaciłam vs. Estee Lauder. Dodatkowo w okresie wzmożonej aktywności skóry używam The Ordinary Niacynamide & Zinc – bardzo ładnie spłyca pory i goi wypryski. Myślę, że kolejnym zakupem z tej części będzie serum The Ordinary z retinoidem.

No i wykończenie, czyli krem. Znalazłam kiedyś swój idealny krem. Był absolutnie przecudowny, świetnie odpowiadał na potrzeby mojej skóry, przy jego używaniu pierwszy raz zobaczyłam, jak wyglądam z zamkniętymi porami na nosie. Niestety, 50ml wystarczało mi na 2 miesiące, a cena kremu to 300zł – Esse Deep Moisturiser. Aktualnie używam kremu probiotycznego z AA, ale nie ma jakiś spektakularnych efektów, a poszukiwania tańszego odpowiednika Esse wciąż trwają i nie wiem, na co się zdecyduję w przyszłości. Od czasu ostatniego wyjazdu na urlop, rano zamiast kremu stricte pielęgnacyjnego nakładam lekki krem z filtrem SPF50+ z Biodermy i zauważyłam, że moja skóra świetnie z nim współgra. Testowo pełną pielęgnację przeniosłam na wieczór i zobaczymy jak się to sprawdzi.

Zmieniłam też kilka kosmetyków pod prysznicem – od dłuższego czasu używam tylko żelu Alterra do skóry wrażliwej, a wielkim odkryciem tej marki była dla mnie nawilżająca odżywka do włosów – kupiłam jej mini wersję w trakcie jednego z wyjazdów, a moje włosy ją pokochały! Od 2 lat stosuję również szampon w kostce – Lush Honey I Washed My Hair. Kiedy ja albo ktoś z moich bliskich ma okazję być w miejscu, gdzie jest sklep Lush proszę o zrobienie zakupów na zapas! Jedna kostka tego szamponu starcza mi na 3-4 miesiące, więc wydatek również nie jest duży. Miałam podejście do odżywki w kostce z Lusha, ale niestety to kompletnie nie moja bajka.

Tu w pielęgnacji mogę też dorzucić absolutne must-have’y, które mam zawsze pod ręką – balsam Palmers z masłem Shea (nie-ma-nic-lepszego-do-skóry-kropka), krem do rąk L’Occitane z masłem Shea (tak, ten) i pomadka nawilżająca EOS – odkąd poza tymi kuleczkowymi pudełkami są dostępne pomadki, to moje ulubione produkty do pielęgnacji ust.

Makijaż

Tu chyba zaszła największa zmiana, wraz z upowszechnieniem się kosmetyków mineralnych. Odkryłam je na Gdańskim Konwencie Tatuażu, gdzie Magnus Film Make Up Shop oferował darmowe makijaże. Cudowna wizażystka Iga (pozdrowienia!) wykonała mi makijaż kosmetykami Lily Lolo, które wtopiły się w skórę i przetrwały tam w naturalny sposób do końca dnia! Uwielbiam kosmetyki mineralne właśnie za te właściwości – nawet kiedy widać, że makijaż był robiony rano, to wieczorem wygląda on nadal naturalnie, nic się nie roluje, nie odznacza, nie osypuje, po prostu wtapia się w cerę. To perfekcyjne rozwiązanie dla osób, które mają problem z przetłuszczaniem się skóry, czy drobnymi niedoskonałościami, bo kosmetyki mineralne pozwalają skórze oddychać! Są też bardzo uniwersalne, bo w zależności od sposobu aplikacji, można nimi zrobić i lekki, i mocniejszy makijaż.

Moja mineralna makijażowa baza to w tej chwili podkład mineralny Lily Lolo Blondie, róż do policzków Lily Lolo Goddess i rozświetlacz Lily Lolo Illuminator Rose. Nakładanie kosmetyków mineralnych wymagało ode mnie chwili nauki, ale gdy już nabrałam wprawy, stwierdziłam, że nie zamienię ich na żadne inne. Co ważne, pudełko podkładu mineralnego wystarcza mi na około 1,5 roku – więc wydajność, level hard.

Uzupełnieniem tej bazy jest bronzer Make Up Forever z serii Artist Face Color Refill. Wcześniej używałam paletki do konturowania NEO Make Up, która była dla mnie nietrafionym zakupem. Po kilku upadkach ze stołu, wszystkie kosmetyki się rozsypały.

Do podkreślenia oka używam zamiennie dwóch produktów – eyelinera w pędzelku Deep Black Wibo lub czarnego cienia do powiek Sephora Colorful Mat.

Na koniec chyba mój ulubiony od zawsze kosmetyk do makijażu, czyli tusz do rzęs. Od kiedy pamiętam, miałam fioła na punkcie maskar, a tuszowanie rzęs sprawia mi ogromną przyjemność. Przetestowałam kilkadziesiąt różnych tuszy, znajdując bardzo wiele bardzo dobrych, ale i sporo kompletnie nietrafionych. Nadal jednak nie znalazłam maskary idealnej. Ostatnio rozczarowałam się tuszem Givenchy Noir Interdit z odginaną szczoteczką – wysechł w błyskawicznym tempie i po 2 miesiącach od otwarcia nie nadawał się praktycznie do niczego. W związku z postanowieniem oszczędzania wróciłam na chwilę (raz) do mascary z Bourjois. Kupowałam je w czasach studenckich, a ostatnio z zadowoleniem stwierdziłam, że nadal mi odpowiadają. Tusz Twist Up the Volume, którego używam raczej do wydłużania niż zwiększania objętości rzęs, nie daję efektów tak spektakularnych jak Diorshow, ale na ten okres przejściowy mi wystarcza.

I totalny rarytas – perfumy od Mo61. Voucher na zrobienie własnych perfum dostałam od mojego Chłopaka pod choinkę. Byłam tak zaaferowana procesem i tak wzruszona efektem, że kompletnie nie pamiętam co jest w środku mojego zapachu! Każdemu polecam to doświadczenie, jest totalnie niesamowite! Zawsze mam tylko jedną buteleczkę perfum, następna pojawia się dopiero w momencie, kiedy ta pierwsza się skończy.

Jest jeszcze kilka produktów, których używam „od wielkiego dzwonu”. Czerwona szminka Estee Lauder Pure Color Envy w kolorze 340 Envious, średnio zakładam ją dwa razy do roku – głównie w Boże Narodzenie, rozświetlająca baza Smashbox Photo Finish Radiance – na wielkie wyjścia, kryjący korektor z Sephory – jak coś naprawdę nieprzyjemnego mi wyskoczy na twarzy i paleta błyszczących cieni do powiek Sleek Make Up, o pięknych tęczowych kolorach, którą dostałam kiedyś w prezencie od mojej Siostry. Nie używam cieni do powiek na co dzień, ale na wieczorowe gale albo szalone tematyczne imprezy ta paletka spełnia wszystkie moje oczekiwania!

Nie mam wielu kosmetyków, a te, co mam są pojedyncze. Kiedyś myślałam, że makijaż to świetne narzędzie do zmiany swojego wizerunku, zbierałam najbardziej abstrakcyjne kolory cieni do powiek, bo a nuż przydadzą mi się na jakieś wyjście i nie będę musiała kupować nowych. Zwykle później wyrzucałam kosmetyki, które miały po 5-7 lat i były użyte tylko kilka razy. Nie jestem mistrzynią makijażu, ale wiem, jak umalować się w sposób podstawowy, spełniający oczekiwania moje i sytuacji, więc posiadanie zbędnych kosmetyków jest moim zdaniem bez sensu. Kosmetyki wymieniam na nowe dopiero, kiedy wykorzystam te aktualne, więc działam tu w 100% minimalistycznie – one out, one in!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s