Czego już NIE kupuję

Daleko mi do podręcznikowej minimalistki, jednak znacznie ograniczyłam liczbę kupowanych rzeczy, kiedy zdecydowałam się na odgracenie swojej rzeczywistości. Nie dotyczy to tylko kupowania mniejszej liczby ubrań i dodatków, ale też rzeczy codziennego użytku, które nie zawsze zaprzątają naszą uwagę. Co w takim razie wypadło z mojej listy zakupów?

  1. Książki – wiem, że może to zabrzmieć przerażająco, że w kryzysie czytelnictwa ktoś świadomie decyduje się na zaprzestanie kupowania książek. Jednak nie oznacza to, że książek nie czytam. Korzystam z elektronicznego czytnika, a ostatnio nawet częściej z aplikacji w telefonie. Z abonamentem w cenie jednej niedrogiej książki miesięcznie, mam dostęp do praktycznie nieograniczonych zasobów aplikacji. Na półce mam kilka książek, które mają dla mnie szczególną wartość (np. bardzo stary i mocno nadwerężony cykl o Harrym Potterze czy książkę z dedykacją od Jonathana Carrolla).
  2. Butelkowana woda – kilka lat temu zmieniłam na jakiś czas miejsce zamieszkania na trójmiejskie uzdrowisko, czyli Sopot. Jakość wody kranowej w Sopocie oraz w większości miejsc w Trójmieście jest naprawdę doskonała i nie ma konieczności picia świeżej wody z butelki. Odkąd zaprzyjaźniłam się z butelkami wielorazowymi, jest to mój idealny zestaw, mam 3 butelki o różnych pojemnościach, których używam w czasie treningów i w pracy i od 3 lat picia kranówy nic mi nie jest, zatem warto spróbować!
  3. Sezonowe dekoracje – atmosfera zmian pór roku i podkreślenie jej w wystroju mieszkania nigdy nie było dla mnie szczególną atrakcją, a 2 lata temu rozszerzyłam to również na chyba najbardziej podkreślanie święto, czyli Boże Narodzenie. Jakkolwiek pięknie ustrojone choinki i ulice pełne światełek działają na moje wewnętrzne dziecko, raczej podziwiam je tylko niż powielam w swoim otoczeniu. Choinkę mam całoroczną, a jest nią araukaria w doniczce, natomiast zestaw ozdób i świąteczne dwie figurki (krasnal Mikołaj i renifer) to prezenty, które dostałam w ostatnie święta. I to wszystko. I naprawdę więcej nie potrzebuję.
  4. Ubrania „tylko do tanga” – od prawie 10 lat tango argentyńskie jest moją pasją, którą z mniejszym lub większym zaangażowaniem uprawiam. Kiedyś miałam przypadłość kupowania, zwłaszcza w lumpeksach, sukienek, które nadawały się tylko na milongi (imprezy tangowe), a kompletnie nie pasowały nigdzie indziej. Na fali mojego „rzucania tanga” kilka lat temu pozbyłam się tych rzeczy, zostawiając tylko takie sukienki, które mogłam nosić też na co dzień. Od tamtej pory, a od ponad roku tańczę znacznie więcej, trzymam się takiej zasady, że jeśli kupuję coś z myślą o tangu, to musi też pasować do mojej codziennej garderoby. Lepiej czuję się też na samych imprezach, bo mam na sobie ciuch zgodny z moim stylem, a nie brokat, sznurki i rozporek do połowy biodra.
  5. Kosmetyki, których nie używam na co dzień – akurat w makijażu jestem totalną minimalistką, bo generalnie rzadko się maluję. Natomiast jeśli już, to mam stałą bazę sprawdzonych produktów, których nowe wersje kupuję tylko, kiedy te poprzednie się skończą i podchodzę do tego, jak przysłowiowy pies do jeża. Na liście moich kosmetyków pielęgnacyjnych i makijażowych są (w kolejności używania): żel do mycia twarzy, serum i krem, baza pod makijaż, podkład mineralny, bronzer, róż, rozświetlacz, eyeliner lub kredka i tusz do rzęs. Kiedy chcę mocniej podkreślić makijaż, używam czerwonej szminki i cienia do brwi. Większość tych produktów to sprawdzone mineralne kosmetyki z Lily Lolo, które będę zachwalać zawsze i wszędzie, a niektóre (jak róż, rozświetlacz czy sypki podkład) są ze mną od co najmniej kilku lat. Butelkę perfum też mam tylko jedną i gwarantuję, że nie kupię następnej, dopóki ta się nie skończy.
  6. Mani-pedi i lakiery do paznokci – moja mama ma chyba wszystkie odcienie lakierów do paznokci, jakie mogą być. Jak zaczynałam samodzielne życie, czułam, że to jest jakiś standard, że kobieta powinna mieć dużo odcieni lakierów do paznokci, które będzie dobierać do różnych strojów i okazji. Długo później zrozumiałam, że na własnych paznokciach toleruję tylko kolor czerwony i czarny. I jeszcze trochę zajęło mi, abym przestała z tym walczyć. Zatem moja kolekcja lakierów ogranicza się do 3 odcieni czerwonego i jednej buteleczki lakieru czarnego. I sama robię mani-pedi, więc oszczędność też jest 🙂

 

Warto czasem spojrzeć szerzej na przedmioty, które nas otaczają i zastanowić się, czy na pewno potrzebujemy wszystkiego, co mamy nie tylko w szafie z ubraniami, ale też w kuchennych czy łazienkowych szafkach!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s