Czasem 10 to jednak za mało

Wspominałam Wam na Instagramie o moich wrażeniach tuż po zakończeniu wyzwania 10x10x10, teraz postanowiłam temat rozwinąć. Poniżej bardzo subiektywne plusy i minusy tego wyzwania oraz odpowiedź czy i jak zrobię to jeszcze raz!

Dla przypomnienia, 10x10x10 challenge to system, w ramach którego wybieracie ze swojej szafy 10 ubrań (pomijając okrycia wierzchnie i jak ostatnio doczytałam – torebki), komponujecie z nich 10 stylizacji i nosicie je przez 10 dni. Proste? O ile w samej konstrukcji i doborze garderoby – jakaś 10 minutowa rozkminka, to później w samym noszeniu już mniej entuzjastyczna. Dlaczego, skro hołduję zasadom zrównoważonej mody, cały czas zalecam sobie (i czasem innym) kupować mniej?

Traktuję strój jako stosunkowo łatwą, ale i bardzo sugestywną formę wyrażania siebie. To, co zakładam na siebie prawie nigdy nie jest przypadkowe, z prostego powodu – jeśli założę coś „na odwal”, to czuję się w tym źle. Tu muszę napomknąć, że nawet ubrania do chodzenia „po domu” mają pewną historię, bo dla mnie jak coś do siebie nie pasuje, to nie pasuje niezależnie od sytuacji. I tak przeważnie sprzątam w starej koszulce Ramones i wytartych Levi’s-ach, w których kiedyś chodziłam na codzień. W związku z tym ograniczenie się do konkretnej liczby, konkretnych ciuchów rzeczywiście okazało się być dla mnie wyzwaniem. Zwłaszcza, że w szafie wisiały wszystkie pozostałe, których w tym czasie zabroniłam sobie użyć.

W zasadzie, poza ogólnym przekonaniem, że w czasie tych 10 dni mogłam się uwolnić od zbyt nachalnego myślenia o tym, co i kiedy mogę założyć, to największym plusem był czas. Wszystkie 10 elementów wybrałam jednego dnia, wyprałam i wyprasowałam te, które tego wymagały i zaplanowałam poszczególne zestawy. Dzięki temu ubieranie się rano nie wymagało ode mnie ani sekundy dodatkowego zastanawiania się. Jest to nieocenione, jeśli tak jak ja lubicie spać, a mimo wszystko staracie się zaliczać treningi na siłowni i pilates przed pracą.

Z początku doświadczenie było bardzo ekscytujące, jednak koło 7 dnia moje stroje zaczęły mnie nudzić albo raczej to ja w nich zaczęłam sama siebie nudzić. Na codzień pracuję kreatywnie, w moich zajęciach dodatkowych też jest dość sporo ekspresji i entuzjazmu, którego staram się nie ograniczać. Aż tu nagle musiałam sobie poradzić w rzeczywistości sztucznie zawężonej. Pomyślicie być może, że to przecież są tylko ciuchy. Ubranie, które po cichu sprawia Wam jakiś kłopot, jest tak samo istotne, jak np.: okruchy w łóżku, mikrokamyk w bucie czy nikły odgłos szumiącego grzejnika w nocy. Niby nic, a jednak wkurwia.

Uczciwie przyznając się – dorzuciłam jakiś sweter po drodze, głównie przez ochłodzenie, no i kompletnie rozbiłam zaplanowaną wcześniej kolejność. Jednak wytrzymałam do końca. I bardzo się z tego cieszę!

Ten zestaw ubrań oparłam na moich absolutnie komfortowych basicach, ale zastanawiam się, czy inaczej bym się czuła, jakby na wieszaku znalazły się ubrania, które noszę trochę rzadziej, ale mają trochę bardziej wyraźny charakter. I z tym właśnie nastawieniem mam zamiar spróbować raz jeszcze! Stay Tuned!

I jak wspominałam wyżej – założyłam Slow Bloggingowe konto na Instagramie – zapraszam do obserwowania, bo tam jestem trochę częściej, niż tu 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s