Mniej zawsze znaczy… mniej.

cropped

Rok 2014 mogę subiektywnie uznać rokiem minimalizmu – książkowe poradniki, programy telewizyjne, wywiady w alternatywnych czasopismach. Wszscy polecają, jak żyć z mniejszą ilością ubrań, książek, rzeczy wokół. Jak jeść mniej, śmiecić mniej,  kupować mniej. Mieć mniej, znaczy być więcej. Również i w moje życie wszedł minimalizm, ale taki na umiarkowanym poziomie.

Zauważam w minimalizmie dwie bardzo silne tendencje. Jedna wynika chyba trochę z grywalizacyjnej natury człowiek – mniej i jeszcze mniej, jeszcze mniej, a w końcu co? Nic? Wspomniane poradniki, czy to w wersji papierowej, czy w rzeczywistości wirtulnej, nie sugerują „ogranicz”. One mówią jasno i wprost – zostaw 100 rzeczy, z którymi będziesz potrafił żyć. I tak kolejne się prześcigają – 100 sztuk, 70, 50, bo im mniej masz, tym większym, bardziej dojrzałym, superhipsterskim minimalistą jesteś. Minimalizm zdecydowanie stał się modny. Stał się też w pewien sposób rywalizacją. Ci z 50 rzeczami gardzą tymi, co mają rzeczy 100, a ci z setką niedpuszczalnym uznają nazywanie człowieka minimalistą, jeśli ograniczył swój ekosystem jedynie do rzeczy, z których naprawdę korzysta i wyszło mu plus minus 700. Jak we wszystkim, tak samo i w tym minimalistycznym galopowaniu liczy się zdrowy rozsądek. Czym tak naprawdę jest minimalizm? Uporządkowaniem otaczającej nas rzeczywistości i zredukowaniem jej do rzeczy, jakie są niezbędne do życia. Dodałabym jeszcze słowo „indywidualnie”- każdy z nas jest inny, każdy co innego uznaje indywidualnie niezbędnym do życia. Dla mnie są to książki, te z papieru, book book’i, jak żartowała reklama IKEA. W pomieszczeniu, gdzie nie ma chociaż kilku egzemplarzy książek czuję konsternację i totalne zagubienie, nie mogłabym żyć bez książek. Dla innych to mogą być zdjęcia z podróży przyklejone do ścian albo obrazy ulubionego artysty. Coś, czego brak spowoduje chaos i brak stabilizacji w tak szczególnie wymagającym miejscu, jak dom. Jeśli miałabym szukać analogii, to rzeczy niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, nazwałabym ciuchowymi basic’ami. Nie takimi, o których piszą autorytarne poradniki modowe, ale personalnie skomponowanymi ubraniami, bez których nie wyobrażamy sobie życia.

Druga, równie silna tendencja, związana jest z psychologią – im mniej masz rzeczy – tym szczęśliwszy się stajesz. Tu po części się zgodzę. Pamiętam, jak mi zrobiło się lżej, gdy zmniejszyła się szafa pełna niepotrzebnych ubrań, dzięki której na nowo doceniłam swoje ulubione drobiazgi. Jednak pozbycie się nadmiaru rzeczy nie sprawi, że, jak za dotknieciem czarodziejskiej różdżki, zmieni się całe nasze życie, nowi przyjaciele zaczą walić drzwiami i oknami, a my staniemy się najciekawszymi ludźmi w galaktyce. Minimalizm, wyeliminowanie zbędnych przedmiotów jest dopiero początkiem pracy nad sobą i jeśli nie pójdą za tym dalsze zmiany, to poza większym porządkiem i łatwiejszym oddychaniem nic się w życiu nie zmieni. Niektórzy ludzie nierozerwalnie wiążą zmiany w otoczeniu ze zmianami w jakości życia, bez jednych nie ma drugich i odwortnie, te drugie często są generowane przez pierwsze. W tym przypadku „przejście na minimalizm” nazwałabym zapalnikiem całej akcji. Skoro mogę ograniczyć przedmioty wokół mnie, to tak samo mogę zająć się nowym hobby, zagadać do obcego człowieka na imprezie, czy w końcu zacząć podróżować. Dzięki zrobieniu małego kroku ruszają do przodu ze zdwojoną energią. Są też tacy ludzie, którzy zmianę w najbliższym otoczeniu traktują jako końcowy check point – ok, mam 100 rzeczy łącznie ze skarpetkami liczonymi osobno, życie – masz być od teraz lepsze i kropka! No cóż… Z taką postawą, poza łatwiejszym utrzymaniem porządku, raczej nic się nie wydarzy.

Z moich doświadczeń z minimalizmem, wiem, że mniej wcale nie znaczy więcej. Zawsze znaczy mniej. Na samym początku trochę ciężko się z tym pogodzić, ale im dłużej trwamy, tym bardziej się przyzwyczajamy i to, czego trochę barkowało, idze w całkowite zapomnienie. Później człowiek się przekonuje, że potrzebuje coraz mniej, tak naturalnie, bez mocnego napinania się na trend lansowany w niszowych magazynach czy modnych knajpach. Mam przyjemność znać ludzi, którzy minimalistami są od zawsze, niezależnie od mody, po prostu nie potrzebują wiele rzeczy. Zastanawiam się czasem, co przyniosą następne lata i czy ten trend kiedyś się odwróci, znów na czasie będzie kolekcjonowanie bibelotów, dywany w każdym pomieszczeniu i wielce praktyczne segmenty.

A Wy, drodzy Czytelnicy, co myślicie o minimalizmie?

3 Comments

  1. Iza, bardzo trafne podsumowanie:) ja bym dodała jeszcze, ze do prawdziwego minimalizmu trzeba dorosnąć, nie da się tego zrobic na siłę. Wyrzucenie z mieszkania połowy niepotrzebnych bibelotów i ciuchów niewiele zmieni, jeżeli nie pójdzie za tym uporządkowanie naszej przestrzeni i szafy, w sposób sensowny. Taki, żeby to miało sens i rzeczywiscie znaczyło to, co zakładamy – im mniej, tym lepiej. Ja do uporządkowania szafay podchodze już któryś raz, i chyba jeszcze nie dorosłam 🙂 Natomiast z przestrzenią w domu sobie poradziłam, mniej znaczy naprawdę lepiej!

  2. Mnie minimalizm, dokladnie jak opisałaś, pomaga w porządkowaniu życia. Kiedyś wyjeżdzając w podroż, na przyklad sluzbowa, potrzebowalam dwoch dni na spakowanie walizki : wybieraniu garderoby, praniu, szukaniu drobiazgów a poźniej walizki, ktora moglaby to wszystko pomiescic. Dzis mogę spakowac walizke ba godzine przed wyjsciem na lotnisko. Wiekszosc rzeczy nagle znalazla swoje miejsce, do nich przylgnela, wiem co gdzie jest i panice mowie zegnaj.
    Z drugiej strony minimalizm naprawde ograniczyl moja potrzebe posiadania.

    No i zgadzam sie z Toba, liczby o niczym nie przesadzaja. Natomiast pomagaja tym, ktorzy zaczynaja przygode z porzadkowaniem zycia, sa pewnego forma zabawy.
    Ja bawilam sie w projekt 333 (33 ubrania przez 3 miesiace) i duzo nauczylam sie o swoich potrzebach.

    No i przy wszystkich moich dobrych checiach, co jakis czas musze robic czystki, bo sila grawitacji przyciaga do mojego gniazdka przedmioty, ale stalo sie to juz nawykiem 🙂

  3. Hm raczej nikt nam nie narzuca ograniczenia się do 100 rzeczy. Nikt nie patrzy z pogardą na tych co mają więcej, bez przesady.

    Ale w moim wypadku faktycznie powolne pozbywanie się zbędnych rzeczy niesie za sobą ulgę i poczucie tego, że wiem gdzie co mam itd. Problem mam inny mam chłopa gadżeciaża i muszę z nim żyć pod jednym dachem. Również z jego telewizorem, głośnikami, sprzętami.. trudno, zmienić go na siłę nie zmienię. Ale chociaż swoich rzeczy już tak nie gromadzę, chcę tylko te z których rzeczywiście korzystam i mnie cieszą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s